Poszerzanie strefy komfortu

W Petersburgu od tygodnia pada śnieg, przyszło więc wyciągnąć zimowy ekwipunek – ciężki obuw i cudopuchową kurtkę, która w srogie nawet mrozy zapewnia komfort. I przypomniało mi się, że rok temu zimą owa kurtka była jednym z niewielu źródeł komfortu.

Półtora roku temu wyjechałem z Polski do Petersburga. Taki ruch mógł być popularny w XIX wieku – bo wtedy zamiast do Warszawki do stolicy jechało się właśnie tutaj – ale w wieku XXI – umówmy się, że nie jest w czołówce plebiscytów popularności. W każdym razie życie skierowało mnie tutaj i pojechałem. Latem było miło – białe noce, szaszłyki na plaży, koncerty przyjemne, podróże i praca freelancera. A w listopadzie się skończyło. Dzień skrócił się do długości nieprzyzwoitej, zima jak zwykle zaskoczyła drogowców a miłą pracę przyszło mi zamienić na taką, o której mogę powiedzieć dużo dobrego ale nie to, że była pracą wymarzoną. Pracowałem w piwnicy, od 10 do 18.30, więc jeśli nie wychodziłem na obiad a brałem sobie w pudełeczku makaronik to zdarzało się, że przez tydzień nie widziałem słońca (które zimą spotkać można w godzinach 11-17.30 mniej więcej). Czy wiecie jaka to radość obserwować w sobotę o 11 wschód słońca po tygodniu w piwnicy? Tamta zima to też czas, kiedy mało kogo znałem w Piterze, mój język nie pozwalał tez na jakieś swobodne small talki a wspólne tematy z współpracownikami (na przykład – służba migracyjna) odkryłem dopiero po jakimś czasie. Nawet Dominikanin w kościele św Katarzyny na spowiedzi powiedział mi: wiesz, tutaj się trudno żyje. Jeśli dorzucicie do tego fakt, że w Polsce zajmowałem się zawodowo rzeczami lekkimi i przyjemnymi, do tego mocno związanymi z Łodzią, sam sobie organizowałem czas pracy i o minusach pracy na etat zdążyłem zapomnieć możecie sobie wyobrazić, że wyszedłem poza swoją strefę komfortu. Cholernie daleko poza nią się znalazłem.

Ale cóż było robić, zagryzłem zęby i starałem się tą strefę komfortu poszerzać anie marudzić, że mnie nagle wyrzuciło. I tak, odkryłem, że z Jakutem i Mołdawianinem w pracy można jednak miło pogawędzić. Odkryłem, że Rosjanie w większości są bardzo otwarci i polskość – wbrew temu co może komuś mogłoby się wydawać – zupełnie im nie przeszkadza. Odkryłem kolejne znakomite specjały tutejszej kuchni. Okazało się że jednak Petersburg to nie miasto nie tylko Puszkina i Dostojewskiego (o tym wiedziałem wcześniej), szarych przytłaczających blokowisk i wszechpanujących samochodów (o tym dowiedziałem się później), ale też wielka, 5 milionow a metropolia z kulturą obejmującą wszystkie nurty i to często na najwyższym poziomie, z wszelkimi rodzajami rozrywki, oferująca niesamowite możliwości.

Tegoroczna zima jest już nieco inna. Petersburg to już – chociaż trochę – moje miasto. Z radością jeżdżę do Łodzi ale i z radością wracam do Petersburga. Powoli wykuwam sobie miejsce w tutejszej rzeczywistości, widzę mnóstwo rzeczy które mógłbym tu robić, w które chciałbym się zaangażować. Myślę, że to czego się nauczyłem w Polsce może się tutaj przydać. I myślę, że to co początkowo mi przeszkadzało (fakt, że nie jestem stąd) już niedługo zacznie mi pomagać. Po krótce: zamierzam niebawem zdobyć to miasto, jak mawiał klasyk: bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę ostry jak brzytwa. I wam też to radzę – migranci, expaci, przesiedleńcy.

Artykuł został opublikowany również w nieregularniku Wywiadowca.

Copyright © 2014 Petersburski. Skin created by Meks. Powered by WordPress. Graphics by Dygas.