Szutry i swetry – Łotwa rowerem

Wyprawa rowerowa na Łotwę lipiec 2016.
Zdjęcia:
Agata Zysiak,
Wiktor Marzec,
Michał Grelewski

To nie opowieść o Petersburgu, ale jednak pokrętnie z nim powiązana. Sześć lat temu wybraliśmy się na wyprawę rowerową po Rosji i Estonii, od której wszystko się zaczęło (pisałem o tym tu i tu). Wyprawa łotewska (choć wyprawa to szumnie powiedziane) to przedłużenie tamtej przygody. Łotwa na rowery jest wdzięczna – czytajcie i przyjeżdżajcie. 

Zdjęcie jest z późniejszego etapu wyprawy. Ale jest rower, są rowerzyści oraz słońce, więc się nadaje. 

Dzień 1 wyjazd

Petersburg – Ryga

Z Petersburga udało się wyjechać, rower zabrany, chociaż pierwsza odpowiedź kierowcy to tradycyjne: “ooo, panie, no nie da rady”. Rower był jednak pięknie zapakowany więc dało radę.

Dzień 1

Ryga – Jelgava

W Rydze jestem koło 8 rano. Na śpiocha składam rower uważając, żeby nie przykręcić kierownicy w miejscu koła. Jakoś się udaje. Śniadanie spożywam w sprawdzonej amerykańskiej restauracji szybkiej obsługi, przebierając się w toalecie w opływowe ciuchy. Czekam do 10 aż otworzą pocztę na której mam zamiar odebrać sakwę i śpiwór. Usługa Poste Restante okazuje się za dużym wyzwaniem dla połączonych sił polskiej i łotewskiej poczty. Trochę jestem sam sobie winien, że chcę odebrać w niedzielę – poczta co prawda działa, ale kurierzy, co to dostarczają paczkę nie bardzo. Nic to. Najtańszy śpiwór i sakwy kupuję w Prismie i ruszam na Jelgavę. Miła trasa, częściowo podrzędnymi asfaltówkami, częściowo ścieżką rowerową przy trasie. Trans Sander (t model mojego roweru, a rower polski firmy Kross) płynie po trasie godnie. Po południu spotykam się z W i A – świętujemy moje urodziny, pływamy na łódce po rzece z szałowym kapitanem, kąpiemy się w rzece, pijemy kawę, gotujemy kolację – jest miło, jak na koloniach.

Nic nie zastąpi papierowej mapy.
Ahoj!
Dziesiąte urodziny.
Jelgava to takie idealne miasto na pół dnia na wycieczce.

Dzień 2

Jelgava – Bauska – Jumprava

Ruszamy w pierwszą większą trasę. Najpierw asfalty, potem szutry – swetry (ciągle nie wiemy jaki jest mianownik liczby pojedynczej od szutry). Tiry kurzą jak w Mad Max Fury Road, dobrze, że ogniem nie zieją póki co.

Tak wyglądają drogi na Łotwie w lipcu. 

Wiktor łapie gumę jakieś 10 km od Pilsrundale. Naprawiamy z godzinę, próbując z różnymi dętkami, ale jest licho. Postanawiam zostać kapitanem dętką – jadę w poszukiwaniu dobrych gum. Pilsrundale mimo pałacu zbudowanego ręką architekta Pałacu Zimowego nie oferuje dętek. Lecę do Bauski. Kupuję niemieckie dętki. Wracam. Piszą mi, że u nich leje, żebym się chował w okopy. Staram się oszukać przeznaczenie i jednak jadę, póki się nie rozpada. Na szczęście się nie rozpaduje (dziwne słowo) – trochę mnie trwożą pioruny strzelające wcale nie tak daleko od samotnego mnie na na metalowym rowerze na polu, ale ciągle ta burza jest obok więc jadę. Docieram do Wiktora i Agaty, zmieniamy dęteczkę i jedziemy!

W szopie. Na pierwszym planie sakwy z Prismy za 20 euro.

Oglądamy pałac w Pilsrundale (tylko z zewnątrz), oglądamy stare samochody w prywatnym muzeum, przeprawiamy się fajną kładką w Mezotone i lądujemy na przyjemnym kempingu w Jumprave.

Przepraszam za śmietnik na bagażniku.
Prawie jak Pałac Zimowy. Tylko spokojniej.
Romantyczna kładka.

Dzień 3

Jumprava – Bauska – Janujelgava – Aizkraukle

Budzi nas słońce ogrzewające namiot. Zwijamy się szybko, wyduszamy od właścicielki kempingu 10 euro (z 5 kaw!) reszty – podobno zapomniała.

Jedziemy do Bauski – jestem w zasadzie przewodnikiem, bo byłem już wczoraj. Ledwo dojeżdżamy do zamku a już grzeje tak, że się nie chce. Jako, że jeździmy z ciekawymi świata naukowcami to niestety taryfy ulgowej nie ma i trzeba obejrzeć wszystkie pomieszczenia na zamku oraz przeczytać wszystkie tabliczki – lekka taryfa ulgowa trafia się tylko przy tych, które są wyłącznie po łotewsku. Zamek zrobiony bardzo przyzwoicie – ładnie odtworzone posadzki, okna, duża dbałość o detal, ale ekspozycja chyba dopiero się tworzy. A może nie będzie tu ekspozycji, tylko hotel jednak, kto wie.

Nie widać, ale jest już przegorąco.

Ruszamy dalej – na kamieniu na rzece spotykamy pierwszą czaplę białą, która w Wiktorze wzbudza entuzjazm podobny do flamingów, które niegdyś w formie środkowoeuropejskiej fatamorgany ukazały się nam pod Aleksandrowem. Faktycznie jest ładna i w odróżnieniu od flamingów prawdziwa. Bauska oferuje nam jeszcze sklep rowerowy – niestety nie mają nosków, bierzemy więc tylko dodatkową dętkę. Koło południa trafiamy na rynek, na “kawkę” która kończy się obżeraniem kotletami z kaszą – nie wyjedziemy stąd nigdy. Barman mówi po polsku co jest miłe.

Znajdź czaplę.
O matko, ileśmy tu zjedli!

Mimo wszystko ruszamy w skwar. Asfalt kończy się szybko a wraz z nim nadzieja. Szutry są bezlitosne tym razem dla mojego roweru – spada mi łańcuch i rozregulowuje się przerzutka. Jako, że pierwszy raz taką widzimy (wewnętrzna przerzutka) to trochę się bawimy z jej regulacją (ze 2 godziny), na szczęście udaje się jej nie zepsuć i odkryć, że można ją jednak dość łatwo regulować. Agata cierpi na przeziębienie więc jest bardzo wdzięczna mojej skomplikowanej przerzutce za chwilę odpoczynku.

Przed albo po naprawie przerzutki.
Zmiana dęteczki. Ja przynajmniej miałem nie dziurawe.

Nacieramy dalej – dość już późno a do domu daleko. Dalej szutry swetry (to taki nasz bon mot, bo stwierdziliśmy że słowa podobne). Gdzieś w środku niczego dopada mnie jeszcze dziura w dętce. I gdybyśmy wcześniej nie rozkładali przerzutki to pewnie bym się tu poddał i wezwał helikopter. Na szczęście wiemy już co jak działa, zmieniam dość szybko i kontynuujemy atak. Tymczasem robi się późno – wkrótce zamkną się sklepy a i o nocleg będzie trudniej. Docieramy do Dźwiny, która na tym odcinku jest piękna i jedziemy dalej do Janujelgavy. Dopadamy sklep i negocjujemy zakupy przed jego zamknięciem. Cała obsługa sklepu robi zakupy z nami, byleby tylko zdążyć. Wychodzimy z jakąś dziką ilością sosów, ogórków i innych smakołyków. Mapa pokazuje, że powinien być gdzieś tu most na drugą stronę Dźwinę, miejscowi mówią, że to spore nadużycie, bo nabliższy jest z 10 km stąd.

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku innego, w którym podobno są jakieś noclegownie, ewentualnie rozglądamy się nad miejscem na namiot nad rzeką. Miejsca na namiot jak na złość nie ma, głęboką nocą docieramy do tamy w miejscowości, której nazwy i tak nie zapamiętacie – Aizkraukle. Tama spoko, fajny zjazd był w jej okolicy, ale miasto już takie fajne nie jest – przypomina skrzyżowanie Olechowa z Dąbrową Przemysłową.

Tama w Aizkraukle. Zdjęcie nie moje, my byliśmy tam koło północy.

No przynajmniej o 1 w nocy. Szukamy więc tych hoteli, bo według naszych map to prawdziwe hotelowe zagłębie. Niestety żaden z obiektów noclegowych nie działa. Krążymy jeszcze po mieście, nasze drogi przecinają się z młodzieżowym gangiem rowerowym (zastanawiamy się, czy się przyłączą, możliwe też że mają inne sprawy do załatwienia). Pytamy o spanie koło stacji – mówią no raczej nie, ale chociaż pozwalają się umyć. W końcu śpimy koło przebieralni na miejskiej plaży. Chcemy się kąpać w zalewie, ale na wodzie unosi się dziwna powłoka – poprzestajemy na sprawdzonym systemie “butelka z lekko odkręconym korkiem”. Kładziemy się spać na parę godzin. W nocy ktoś przyłazi, coś od nas chce, wychodzimy z namioty, jacyś ludzie, latarki. Na szczęście to mi się tylko śniło. Mam taką nadzieję.

To był długi dzień.

Poranek w Aizkraukle. Chcemy już stąd odjechać. 

ciąg dalszy nastąpi